# 1. Dzień, w którym usłyszałam ciszę
Otwieram drzwi.
Wchodzę.
Jak zwierzyna nasłuchuję ruchu, badam zapach miejsca.
Czuję, jak wraz ze świadomością czym jestem, co tu robię, jaki mamy dzień straciłam poczucie przynależności do podłoża, po którym stąpam.
Jakby odeszły mi wody.
I całe zakłopotanie.
Już nawet nie wiem co mam na sobie.
Jestem w domu. W moim domu. Od teraz nic nie muszę. Dzień się skończył, a ja mogę zaczerpnąć powietrza. Upajam się głuchym piskiem przeszywającym uszy, wyłaczam myślenie i słucham dźwięku obcasów stukających o panel.
Jest pusty, bo podłoga była tania.
Uczucie znikania zaczeło mnie satysfakcjonować. A to w sumie nic, tylko przyzwolenie sobie na redukcję biegu, wszystko płynie tak wolno. Napięcie znika i wiem, że mój wewnętrzny głos przymusu toczenia tego wózka się wyciszył. Moje twarze i osobowości skończyły swoją zmianę w momencie, gdy przekroczyłam próg. Strefa bezpieczeństwa, więc od tak opuszczam gardę.
Papaj pachnie snem. Zakopany pod fałdą pościeli coś tam bąka, że uu i że ee. A tak w ogóle to mmm. Tak, żebym wiedziała, że się cieszy, że wróciłam. Wystawiam jego miłość do spania na próbę siedząc do nocy w szkole. I choć deklaruje, że On to na pewno już będzie spał, gdy wrócę, stęka coś na znak, że jednak czekał.
Czekał też ciepły prysznic i ukiszone pranie w pralce, bo kazało o sobie zapomnieć na rzecz seksualnych uniesień, które mają niepisane prawo pierszeństwa. Zawsze. Nad każdym, psia mać, obowiązkiem.
Od dwóch miesięcy balans góruje na mojej to-do liście. Balans zaczyna się tam, gdzie kończy się maraton codziennych spraw i tempo jemu towarzyszące. Nie mogę zrozumieć jakiej maści cud się musiał wydarzyć, bym dziś dała temu przyzwolenie. Może to ten nieplanowany wjazd pod zakaz i przejechanie całej ulicy pod prąd z duszą na ramieniu. Balans wysypał się kostuchnie z rękawa, kiedy zamachnęła się kosą. Nie trafiła.
Wracam do gry.
Ale dziś puszczam.
Puszczam nerwy. Puszczam też ciężar zobowiązań. Puszczam torebkę na podłogę, choć nie wolno! (mówi się, że pieniążki uciekają) I idę słuchać ciszy. I wąchać Jego zapach.
Wie zichzelf bewaart, bewaart geen rotte appel
Brzmi jak piękne "dobranoc"
W rzeczywistości zainwestowałam w lepsze "dzień dobry".
Wchodzę.
Jak zwierzyna nasłuchuję ruchu, badam zapach miejsca.
Czuję, jak wraz ze świadomością czym jestem, co tu robię, jaki mamy dzień straciłam poczucie przynależności do podłoża, po którym stąpam.
Jakby odeszły mi wody.
I całe zakłopotanie.
Już nawet nie wiem co mam na sobie.
Jestem w domu. W moim domu. Od teraz nic nie muszę. Dzień się skończył, a ja mogę zaczerpnąć powietrza. Upajam się głuchym piskiem przeszywającym uszy, wyłaczam myślenie i słucham dźwięku obcasów stukających o panel.
Jest pusty, bo podłoga była tania.
Uczucie znikania zaczeło mnie satysfakcjonować. A to w sumie nic, tylko przyzwolenie sobie na redukcję biegu, wszystko płynie tak wolno. Napięcie znika i wiem, że mój wewnętrzny głos przymusu toczenia tego wózka się wyciszył. Moje twarze i osobowości skończyły swoją zmianę w momencie, gdy przekroczyłam próg. Strefa bezpieczeństwa, więc od tak opuszczam gardę.
Papaj pachnie snem. Zakopany pod fałdą pościeli coś tam bąka, że uu i że ee. A tak w ogóle to mmm. Tak, żebym wiedziała, że się cieszy, że wróciłam. Wystawiam jego miłość do spania na próbę siedząc do nocy w szkole. I choć deklaruje, że On to na pewno już będzie spał, gdy wrócę, stęka coś na znak, że jednak czekał.
Czekał też ciepły prysznic i ukiszone pranie w pralce, bo kazało o sobie zapomnieć na rzecz seksualnych uniesień, które mają niepisane prawo pierszeństwa. Zawsze. Nad każdym, psia mać, obowiązkiem.
Od dwóch miesięcy balans góruje na mojej to-do liście. Balans zaczyna się tam, gdzie kończy się maraton codziennych spraw i tempo jemu towarzyszące. Nie mogę zrozumieć jakiej maści cud się musiał wydarzyć, bym dziś dała temu przyzwolenie. Może to ten nieplanowany wjazd pod zakaz i przejechanie całej ulicy pod prąd z duszą na ramieniu. Balans wysypał się kostuchnie z rękawa, kiedy zamachnęła się kosą. Nie trafiła.
Wracam do gry.
Ale dziś puszczam.
Puszczam nerwy. Puszczam też ciężar zobowiązań. Puszczam torebkę na podłogę, choć nie wolno! (mówi się, że pieniążki uciekają) I idę słuchać ciszy. I wąchać Jego zapach.
Wie zichzelf bewaart, bewaart geen rotte appel
Brzmi jak piękne "dobranoc"
W rzeczywistości zainwestowałam w lepsze "dzień dobry".
Comments
Post a Comment